Blog


Blog laureatów konkursu „PRaktykuj za granicą” organizowanego przez Instytut Monitorowania Mediów. Praktykanci zdobywają doświadczenie w zakresie public relations w biurach agencji Fleishman-Hillard w Londynie, Mediolanie i Monachium.



LONDYN: Po Londynie…
Autor: Beata Orpiszewska

2 września zakończyłam praktyki w biurze FH w Londynie. 5 tygodni to zbyt krótki okres, by dowiedzieć się wszystkiego, ale wystarczająco długi, by mieć ogólne pojecie o miejscu, ludziach i kulturze. Właściwie mogę pisać o dwóch rodzajach rzeczywistości: o tej, którą widziałam w metrze, na ulicach, w pubach i muzeach i o tej, w której pracowałam, o rzeczywistości dużej korporacji.

Ludzie na ulicy: multikulturalne zbiorowisko indywidualistów, przekrój wszystkich klas społecznych podążających, każdy w swoją stronę, generalnie grzeczni i uprzejmi, trochę hałaśliwi w piątki wieczorem i bardzo milczący w metrze.

Ludzie w pracy: bardzo profesjonalni, trochę chłodni, ale obdarzeni silnym poczuciem odpowiedzialności. Dominujący rodzaj humoru: angielski. Kultura pracy: bardzo rozwinięta, wszystko szybko i sprawnie, połączenie: team working i leadership.

Kultura i rozrywka: miejsca by zabrakło na wszystkie moje ach i och. Można znaleźć wszystko: od tandetnych teatrów ulicznych po wyrafinowaną awangardę. Tate Modern na pierwszym miejscu!

Życie codzienne: bardzo zapracowane. Jeśli chodzi o powszechne przekonanie o tym, że Londyn jest potwornie drogi to dotyczy to przede wszystkim cen mieszkań i biletów komunikacji. Reszta w normie.

Jedzenie: prawdziwe angielskie, nie jest tak paskudne, jak się powszechnie przyjmuje, przy czym przeciętny Anglik żywi się raczej marnie: frytki, hamburgery i wszelkiego rodzaju take away. Kultury jedzenia brak. Brak też niestety kultury spożywania alkoholu, co oznacza nieco dantejskie sceny na ulicach w weekendy…

Ogólne wrażenie: bardzo, ale to bardzo pozytywne.

Zdobyta wiedza i umiejętności: całkiem sporo, przy czym większość poprzez obserwacje uczestniczącą i jak to zwykle bywa na praktykach poprzez wykonywanie zadań, na które inni nie mają czasu lub chęci. Mimo wszystko nie do przecenienia.

Dziękuje serdecznie wszystkim, którzy zajrzeli na stronę Bloga, cieszę się, że mogłam podzielić się z Wami moimi londyńskimi doświadczeniami.
Dziękuje również IMM za stworzenie tak wspanialej możliwości.

Wszystkim tym, którzy są ciekawi świata i nowych doświadczeń, lubią wyzwania oraz dreszczyk emocji przy zdrowej rywalizacji, polecam gorąco udział w konkursie PRaktykuj za granica. Życzę powodzenia uczestnikom następnej edycji!


07.09.2005

MONACHIUM: Podsumowania czas nastał!
Autor: Karol Bandurski
Zacznę od kraju i miasta.
Podstawową różnicą pomiędzy Wawą a Monachium jest to, że jest tu bezpiecznie. Bez względu na godzinę i miejsce. Brak wzajemnej agresji na ulicy, brak kradzieży. Ludzie naprawdę zachowują się tu w sposób niedopuszczalny na naszych ulicach. Zostawia się otwarte samochody, rzeczy same sobie itd. Po drugie – infrastruktura. O tym możemy tylko pomarzyć. Świetnie zorganizowana komunikacja miejska – kolejki S-bahn i U-bahn, tramwaje, autobusu. Wszędzie obecne są ścieżki rowerowe, a modeli rowerów przystosowanych do życia miejskiego jest bardzo wiele (nie królują tu rowery górskie, mimo bliskości gór, hehe). Co do jazdy samochodem, to 90% ludzi przestrzega tu ograniczenia prędkości i jeździ naprawdę spokojnie. Jednak nie unikają użycia klaksonu. I rzecz bardzo ważna – samochód zatrzymuje się przed przejściem dla pieszych nawet, jeśli pieszy znajduje się od niego kilka metrów i dopiero się zbliża. Gdy zdawałem w Polsce na prawo jazdy kilka lat temu, takie zachowanie kierowcy skutkowało oblaniem egzaminu !!!! A taka kultura jazdy czyni życie pieszych dużo bezpieczniejszym.
Następną rzeczą, która zwróciła moją uwagę jest mnóstwo małych ulepszeń technicznych stosowanych w powszednich czynnościach. Gdy ktoś rozwozi paczki, dysponuje łatwym w manewrowaniu wózkiem, listonosze jeżdżą na specjalnych rowerach – nie noszą toreb, itd. Chodzi o to, że nawet jeśli wykonuje się tu pracę fizyczną, dysponuje się urządzeniem, które minimalizuje wysiłek fizyczny. Pozazdrościć.
Rzecz wyjątkowa dla Monachium – ujęcie wody miejskiej znajduje się w górach. W efekcie tego z kranów leci woda gatunkowo lepsza niż ta w sprzedaży. Ale jest to związane z położeniem geograficznym, przedstawiam to jako ciekawostkę.
Przejedźmy teraz do spraw ekonomiczno-gospodarczych, czyli jak tu wygląda życie. Po pierwsze – na ulicach też znajdują się bezdomni, ludzie żebrający, kloszardzi spożywający piwo, osoby z wózeczkami zbierające butelki czy śpiący na ławkach. Ludzie na ulicach też proszą o papierosy. Pod tym względem nie ma różnic. Studenci pracujący tu, których poznałem, też często zaglądają do portfela i widzą tam pustkę:)
I jedna uwaga, od której użycia powstrzymać się nie mogę. Panie Kaczor!! Trudno w to pewnie Panu uwierzyć, ale tu spożywanie alkoholu w miejscach publicznych jest legalne i ludzie nie muszą uciekać na widok mundurowych, którzy dodatkowo są mili i kulturalni. I tak, znają języki obce.
Zarobki. Przeciętny pracownik agencji PR zarabia 1,5 tys. E, kierownik zespołu 2,5 tys. E, szef agencji (tu zgaduje, bo nie wiem na pewno) 4-5 tys. E. Płaca pozwalająca żyć na wysokim poziomie – od 3,5-4 tys. E (można to przełożyć na nasze od 6 tys. w górę). Za wynajem mieszkania płaci się tu w centrum od 500E. Czyli będąc przeciętnym pracownikiem zarobimy na opłaty i swobodne życie, ciężko tu jednak coś odłożyć. Co do cen, to za 100E spokojnie można kupić jedzenia na tydzień, mam tu na myśli jedzenie domowe. Stołowanie się na mieście i chodzenie do lokali to jakieś kolejne 100-200E tygodniowo (w zależności od indywidualnych potrzeb). Kilka cen dla porównania – kebab 3E, kanapka w centrum 2E, zastaw w Burger King 5,5E, pizza na wynos 4E, piwo w lokalu 2,5-5E, piwo w sklepie 30-70cen, ogromny precel piwny 2E. Na uwadze trzeba jednak mieć fakt, iż Monachium jest droższe nawet od Berlina o jakieś 20%.
Co do zarobków i ich rynkowego potencjału, nie ma dużej różnicy. Fakt, że tu minimalna pensja przy zaczynaniu pracy - 1,5tys E, pozwoli nam swobodnie żyć. Siła nabywcza tej sumy wyższa jest niż 2 tys. pln, jakie można zacząć zarabiać na starcie w Polsce. Jednak jest to porównywalne. Gdzie wiec różnica?
Przede wszystkim w tym, że sektor usług jest kilka razy większy niż sektor usług w Polsce (mało odkrywcze, wiem o tym ze studiów, ale dopiero to zobaczyłem). Co oznacza, że po pierwsze więcej ludzi ma luźną pracę związaną ze sprzedażą i my jako klienci mamy naprawdę dużo sposobów na wydanie naszych pieniędzy. W efekcie daje to ogromna ilość sklepów, piekarni, sklepików itd. Wszystko to razem czyni życie tutaj bardzo przyjemnym. Dodatkowo każdemu przysługuje tu godzinna przerwa na lunch, co umożliwia załatwienie różnych spraw w trakcie dnia, spotkanie ze znajomymi, a przede wszystkim, co ważne dla gospodarki, umożliwia konsumpcje.
Słów kilka o mieście. Jest to ogromny kocioł etniczno-rasowy. Widzi się tu ludzi z całego świata i Niemcy w trakcie wycieczek po mieście stanowią góra 60% (mam na myśli odczucia wizualne, nie dane statystyczne). To ciekawe doświadczenie, po przebywaniu w Polsce, gdzie Polacy to 95% społeczeństwa. I dużą mniejszość etniczna (chyba mniejszość:)) stanowią tu Turcy, ale ich w ogóle w Niemczech jest dużo. Natomiast dominują oni w ilości posiadanych sklepów i barów w centrum. Poza tym stanowią dość zgraną grupę, na każdym rogu można zauważyć jakąś turecka grupkę.
Co do życia... W Polsce ciągle mówi się o tym, że w dzisiejszych czasach żyjemy w ciągłej pogoni, stresie, ze wszystko dzieje się tak szybko... Hmm... Tu powinno być jeszcze szybciej, a nie jest. Mogę stwierdzić, że ludzie tu nie żyją w nieustannej gonitwie. Wręcz przeciwnie, żyje się tu na luzie i załatwia sprawy powoli. Co nie zmienia faktu, że pracownicy PR potrafią siedzieć do 20:00 w pracy 
Słów kilka o agencji.
Przede wszystkim – było super. Ludzie naprawdę są tu mili i pomagali mi jak mogli. Głównym problemem był mój brak znajomości języka niemieckiego, co w znacznym stopniu ograniczyło zadania, jakie mogłem tu wykonywać. Z drugiej właśnie strony dlatego miałem ciekawe zajęcia. Ale wróćmy do agencji. Trzy zespoły obsługujące różnych klientów, ale współpracujące między sobą. Raz w tygodniu zebranie całego biura, na którym ma miejsce wymiana info – kto i co robi. Poza tym ogromna ilość prasy i dziennikarzy, z którymi współpracują. Branża IT ma ogromna ilość gazet i czasopism drukowanych i jeszcze więcej online. Dodatkowo agencja jest międzynarodowa, wiec generuje też publikacje za granicą.
Czego się nauczyłem?
Przede wszystkim obserwowałem tu sposób kierowania biurem i organizacje „rzeczy”. I muszę przyznać, że stosuje się dużo rozwiązań, których nie widziałem w Polsce. Może będę miał okazje je wprowadzić:) Głównie była to obserwacja i wykonywanie różnych czasochłonnych zadań. Mogę się pochwalić, ze zrobiłem animowaną prezentację w PP artykułów generowanych dla klienta -  „BrainLab” na spotkanie pomiędzy FH a BrainLab. Poza tym mogę powiedzieć, że jestem mistrzem w skanowaniu artykułów i ich obróbce w Photoshopie:) Poza tym miałem dużo zadań, które możliwe są dzięki Internetowi i międzynarodowym obliczu agencji, a które nie spotykane są w polskich agencjach. Miałem też możliwość przeprowadzenia godzinnego wywiadu z Tiną, szefowa agencji, w trakcie którego odpowiedziała na moje wszystkie pytania.
Czy warto było?
Tak.
Czy bym to powtórzył?
Tak.
Pobyt miał tu dwa oblicza – praca w agencji i przygoda związana z pobytem tutaj - i oba mi się podobały. Dwa tygodnie temu byłem też w Zurichu, co dodało całej wyprawie europejskiego posmaku:) A w ten weekend odwiedziłem Monachijski Festiwal Komiksu. Żałować mogę jedynie, ze Oktoberfest zacznie się po moim wyjeździe:)
Pozdrawiam czytelników!!

05.09.2005

LONDYN: Długi weekend po angielsku...
Autor: Beata Orpiszewska

Od piątku, kiedy ostatni raz pisałam, właściwie nic się nie wydarzyło.

Na praktykach wszystko ok.  Zadania, które dostaję o wykonania właściwie głównie dotyczą wyszukiwanie informacji o klientach oraz wyszukiwania informacji dla klientów, od czasu do czasu jakaś baza danych, codzienna prasówka. Myślę, że wiele można się nauczyć po prostu obserwując. Na przykład Crisis Management miałam okazję oglądać w zeszłym tygodniu, gdy w prasie ukazał się niekorzystny raport dla naszego klienta. Telefony, faksy, zebrania ad-hoc, wyszukiwanie “kontr – informacji”. W sumie całkiem ciekawie.

Piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek spędziłam w Tate Modern – jednej z najlepszych galerii sztuki współczesnej w Europie. Wracałam trzy razy, żeby zobaczyć wszystko, co mnie interesowało. Szczerze mówiąc, to dużo bardziej interesujące miejsce niż British Museum z tłumem japońskich turystów. Polecam.

W poniedziałek było Bank Holiday, dzień wolny od pracy, w Centrum ciszej niż w niedziele… Za to w Notting Hill (willowa dzielnica Londynu) odbywał się Notting Hill Carnivale – poszłam na 20 minut, by potem w popłochu wsiąść w metro i pojechać do domu… w życiu nie widziałam takiego tłumu i takiego bałaganu! Gorzej niż na Starówce po Sylwestrze…

Jeszcze tylko trzy dni tutaj ; ). Szkoda, już zaczęłam się przyzwyczajać do deszczu…


31.08.2005

LONDYN: Piątek mój przedostatni…
Autor: Beata Orpiszewska

Właśnie jest pora lunchu, właściwie wszyscy wyszli cos przekąsić. Cicho i spokojnie. Zresztą piątki z całego tygodnia zwykle bywają najmniej dynamiczne, cóż, nadzieja weekendowej zabawy rozprasza.

Poranna prasówka: śmierć uzależnionego od gier komputerowych internauty po 50 godzinnej nieprzerwanej sesji… Cóż, jak nie alkohol to komputery. Blair na wakacjach - tym razem sympatyczna karykatura w szortach i dla równowagi krytyczny artykuł o Brytyjczykach na wakacjach (może to Blair zamówił, żeby się odgryźć na niewdzięcznym narodzie?).

Zbieram kontakty dla naszego nowego klienta, w większości sprowadza się to do wyszukiwania w Internecie i archiwach prasy. To ciekawe, jak w wielkim stopniu, wygląd strony internetowej świadczy o firmie. Mimo tego, że zbieram informacje o naprawdę dużych korporacjach, które operują ogromnym kapitałem i mają filie na całym świecie, zdarzają się tak paskudne strony, za aż nieprzyjemnie patrzeć, nie mówiąc już o tym, ze zwykle nie można nic znaleźć. Mimo wszystko nie najgorzej mi idzie, szef wyglądał na w miarę zadowolonego, kiedy dowiedział się o pierwszych rezultatach.

Przede mną ostatni weekend w Londynie, mam szczery zamiar nacieszyć się miastem ile „wlezie” ;) Polubiłam to miejsce, żałuję, że nie znam go lepiej… szkoda, że tak krótko…


26.08.2005

LONDYN: Czwartek bez fajerwerków
Autor: Beata Orpiszewska

Poranna prasówka. Najważniejsze tematy: Blair na wakacjach z gitarą (dużo całkiem zabawnych zdjęć i karykatur) i 18 latek, który w dniu swoich urodzin upił się na śmierć (przepis: 3 duże piwa, 5 podwójnych whisky i 6 shotów w 40 minut)... Zresztą temat konsumpcji alkoholu jest obecnie bardzo ważny i szeroko dyskutowany w brytyjskich mediach w kontekście zmian legislacyjnych dotyczących koncesji i sprzedaży alkoholu w barach i pubach. Dziwny kraj, w którym zamykają o 11., a ludzie i tak się zapijają. Może to działa na zasadzie zakazanego owocu, albo zbyt dużej ilości stresu w życiu codziennym...

Prasa brytyjska przyjemnie mnie zaskoczyła. Oczywiście, że istnie całe mnóstwo gazet, których głównym tematem jest prywatne życie bohaterów Big Brothera i ploteczki typu: ten przytył, tamten schudł, a tamtemu pies zdechł... Ale jest tu także wiele dzienników, które oprócz newsów maja bardzo przyzwoita publicystykę i działy reportaży. Świetne są ich magazyny  weekendowe (przodują: Financial Times, The Observer, The Independent). 

Skończyłam raport dotyczący corporate governance. W sumie to całkiem ciekawe, że można przeskakiwać od producenta mrożonek do wielomilionowych inwestycji. Bardzo rozwojowe.

Czeka mnie uzupełnianie bazy danych z konferencjami...
Dziś w końcu świeci słońce i nie pada.


25.08.2005

LONDYN: Bardzo wczorajszy wtorek i przenikająco dzisiejsza środa…
Autor: Beata Orpiszewska

Zagadka nr 1: Ile razy trzeba zmienić plik graficzny, żeby go w końcu wydrukować?
Odpowiedź: Co najmniej 4 razy w porywach do pięciu, żeby uzyskać taką wielkość literek, marginesów i jakość itd… żeby dobrze wyszło…
Zagadka nr 2: Ile czasu trzeba poświęcić na taką operację?
Odpowiedz: 7-10 minut
Zagadka nr 3: Ile czasu trzeba poświęcić, żeby przekształcić 20 plików graficznych?
Odpowiedz: 140-200 minut
Zagadka nr 4: Ile czasu trzeba czekać na przesłanie pliku graficznego do drukarki?
Odpowiedz: 3-5 minut
Zagadka nr 5: Ile czasu zajmuje samo przesłanie 20 plików?
Odpowiedz: ok. 60 minut
Zagadka nr 6: Ile czasu zajmuje drukowanie 20 plików w 20 kopiach, segregowanie ich i wkładanie w “koszulki”?
Odpowiedz: Bardzo długo…

Zagadka: Co robiłam wczoraj? Takie to już bywają te wtorki…

Wczoraj po południu klasyczny research i święty spokój. Wszyscy strasznie zajęci, bo pojawili się nowi klienci…
Wieczorem pogłębianie znajomości topografii Londynu w jednym z barów na South Bank prowadzonym przez bardzo sympatycznych młodych ludzi z Afganistanu.

A dziś pada. I wieje. I jest potwornie zimno…
Mam do zrobienia mały research na temat kontroli udziałowców nad managerami funduszów powierniczych. Trochę to skomplikowane, bo dużo ekonomii i polityki… Na razie jestem na etapie zapoznawanie się z terminologią…


24.08.2005

LONDYN: Rozlazły poniedziałek
Autor: Beata Orpiszewska
Początek tygodnia. Rano prasówka, potem spotkanie z ustaleniem zadań na cały tydzień: zapowiada się całkiem pracowicie, bo wchodzi kilka nowych projektów. Dostałam do zrobienia Coverage dla klienta. Niestety okazało się, że przez ostatnie 2 lata było tylko 5 publikacji, w tym jedna autopromocyjna, a jedna ze skandalem ekologicznym... Cóż, przyda im się trochę PR-u.

Weekend minął naprawdę sympatycznie.
Piątek wieczór: piwo ze znajomymi z biura.
Sobota – jedna z tych strasznie leniwych, z WIELKIM NIC NIE ROBIENIEM...
Niedziela: British Museum, z którego wygonił mnie zapach smażonych frytek w Sali z ekspozycją greckich waz i japońscy turyści, robiący 10 tysiącami aparatów zdjęcia w najdziwniejszych miejscach i najdziwniejszych pozycjach... Dla pocieszenia dwie godziny czytania gazety w parku – co za luksus, że nikt się nie czepia tego, że człowiek się na trawniku w parku rozłoży. Potem Tate Gallery – trochę Turnerów dla niedzielnej rozrywki, ale chyba nie bardzo go lubię. A potem 3 godziny spaceru po South Bank – uliczni artyści, kiełbaski itd...

Bardzo miłe dwa dni....
W biurze ok. Dziś baza danych: konferencje, meetingi i kongres...

22.08.2005

MONACHIUM: piątek
Autor: Karol Bandurski
Witam,

Cóż… To tydzień od poprzedniego posta. Dużo się wydarzyło.
W biurze jest ok, od czasu do czasu mam co robić. Może w przyszłym tygodniu wezmę udział w małym projekcie. We wtorek z miesiąca miodowego wróciła szefowa agencji, idziemy dziś na lunch. Na pewno za dwa tygodnie będzie tu bardzo dużo pracy, bo za 3 tygodnie odbędą się targi “IFA” IT w Berline. Agencja posiada kilku klientów, którzy biorą udział w targach.

Weekend miałem bardzo intensywny. Dwie noce poza domem, dużo się działo, same pozytywy.
Mały rebusik dla zainteresowanych:
Co to jest?
2x H20 z ‘ + czerwona “male” krowa
Oczekuje rozwiązań w komentarzach.

Wczoraj Micheal z firmy pożyczył mi samochód na 1,5 tygodnia. Sam pojechał na wakacje do Hiszpanii. Tak więc jutro wybieram się na zwiedzanie okolicznych zamków z Donaldem McDonaldem – praktykant z Anglii.
Planuję też wyjazd do Zurichu w przyszłym tygodniu w czwartek. Wtajemniczeni wiedzą, co się tam będzie działo:) I mocno wierzę, ze będziemy górą.

Poza tym w poniedziałek wpadł mi do głowy pomysł na pewien projekt, który mógłbym zrealizować po powrocie do Polski. Większość czasu w tym tygodniu spędziłem w firmie nad gromadzeniem informacji na ten temat. Na razie nie powiem, o co chodzi, nie chcę zapeszyć.
I to tyle.
Pozdro

Karol

P.S. Panie Główny Architekcie – Można tak, można tak. Maść na szczury, maść na szczury…
P.S.2 Panie Łukaszenko – hope u’ll burn in hell…

19.08.2005

LONDYN: znów piątek
Autor: Beata Orpiszewska
I znów piątek… nareszcie! Po małej przerwie… Wszystko w gruncie rzeczy tak samo, tylko pogoda się robi coraz gorsza, dziś jest bardzo, ale to bardzo listopadowo tylko nie wieje…

W pracy tak samo, rzeczy które robiłam - robię. Tylko troszkę więcej zajmuje się wyszukiwaniem informacji na potrzeby klientów, takich jak konferencje, zjazdy, uroczystości rozdania nagród i takie tam przyjemne wydarzenia.
Londyn jak był przyjemny, tak nim jest. Tylko jeszcze nie mogę się pozbyć dziwnego wrażenia uczestniczenia w czymś w rodzaju taśmy fabrycznej, kiedy rano jadę do centrum. Wszyscy tacy sami: na czarno i z teczkami… I wszyscy tak samo powolutku suną sobie po ruchomych schodach, niczym ołowiane żołnierzyki w fabryce zabawek… dziwnie to wygląda.

Planów na weekend brak. Póki co na pewno będę odsypiać wstawanie o 6.30 rano przez cale 5 dni! Godzina nie do pomyślenia. Może British Museum, może jakiś teatr albo kino. Jest w czym wybierać. Zrelacjonuję w poniedziałek.

19.08.2005

MONACHIUM: Piątek
Autor: Karol Bandurski

Yo!
Piątek – jak to piątek…. Ciężko wysiedzieć. Pracy niewiele, a o 19 idę na mecz “1860” na nowym stadionie. Dziś robiłem różne rzeczy, nic wartego opisu.
Dostałem pierwsze materiały dotyczące strategii do przestudiowania, zaraz się za nie wezmę.
Pogoda się lekko poprawiła i zaczyna być ciepło. Jeśli się utrzyma, to popływam w jeziorze w weekend. Poza tym przede mna dwa intesywne wieczory towarzyskie – jeden z ludźmi z biura, drugi z ludźmi z domu.
Pozdro dla tych, ktorzy załamali sie wczorajszym wynikiem – jeszcze będzie czas…

P.S Nic się nie stało!!! W Zurichu im pokażemy!!!
P.S.2 Włodzimierz nie ma lekko…


12.08.2005

LONDYN: Czwartkowe kiełbaski i bloody pudding…
Autor: Beata Orpiszewska
W biurze w sumie nieco rutynowo, zadania praktykantów od czasu do czasu (a raczej zwykle) są odwalaniem czarnej roboty… Przez cały dzień tylko tabelki i rubryczki i tabelki i rubryczki i tabelki i rubryczki…
Wiem, że to bardzo użyteczne zajęcie, ale… w sumie przyjemną przerwą było przedziurkowanie całego segregatora dokumentów dla mojego szefa, który strasznie przepraszał mnie, że daje mi takie nudne zadanie ;)

Wieczorem moi współlokatorzy (4 sympatyczne osoby z Nowej Zelandii, wspomagane przez ich czworo nowozelandzkich przyjaciół) urządzili grilla. Miło gawędziliśmy przy australiskim piwie i w oparach przysmażającej sie karkówki, po zjedzeniu której stoczyliśmy dyskusję na temat przyczyn otyłości w społeczeństwie angielskim…

Powoli zaczynam się z nimi socjalizować, na niedzielę zostalam zaproszona na wspólne oglądanie meczu rugby… hmmmm nie wiem czy nie wolę się poszwędać po londyńskich targach… W sklepie niedaleko mojego domu można kupić kaszankę pod wdzięczną nazwą bloody pudding… może pasowałaby na następnego grilla albo na rzeczony mecz rugby?

11.08.2005

MONACHIUM: post 3.
Autor: Karol Bandurski
Witam ponownie!
Wczoraj uczestniczyłem w wywiadzie telefonicznym (za pośrednictwem czarnego małego magicznego pudełka) niemieckiego dziennikarza z ekonomicznego dziennika (tutejszy Wall Street) z vice prezesem Intel-u. Wywiad dotyczył przyszłej strategii Intel-u związanej z produkowanymi przez nich pamięciami Flash. Cóż… Amerykanie to naprawdę pewni siebie ludzie.

Dzisiaj w godzinach porannych odbyło się spotkanie w biurze (wewnętrzne), którego tematem był jeden z klientów – Peregrine. Firma zajmuje się usługami w dziedzinie IT (głównie Asset Optimization – obniżenie kosztów zarzżdzania sieciami komputerowymi w firmach powyżej 2500 pracowników), obsługuje m.in Lufthansa na terenie Niemiec. Peregine jest klientem F-H od kwietnia.

Jutro idę na lunch z osobą kierującą moim zespołem. Mamy porozmawiać o moich oczekiwaniach. Może po tej rozmowie będę mógł się dowiedzieć o strategii działań FH na rynku, co mnie interesuje the most.

Zbliża się długi weekend w Bawarii (w reszcie Niemiec nie), poniedziałek także jest wolny. Zapowiada się wesoło.
Pozdrawiam
Karol

P.S. Polecam gorąco płytę “Lao Che – Powstanie Warszawskie”
P.S.2 “W Rosji ciągle wojna trwa…”

11.08.2005

MEDIOLAN: Ostatnia relacja
Autor: Andrzej Miłkowski
„To już jest koniec, nie ma już nic...” mógłbym zaśpiewać, gdyby była to prawda.
Faktem stanie się dziś, że zakończę praktyki, ale nie jest prawdą, że nic z tego nie pozostało. Zdobyłem doświadczenie w pracy międzynarodowej agencji PR. Poznałem ludzi z branży PR we Włoszech. Zrozumiałem na czym polega praca w tej dziedzinie od kuchni, a także na czym polegają zagrożenia i szanse dla agencji PR w przyszłości, szczególnie dla polskiego rynku - jakby nie patrzeć już europejskiego. W podsumowaniu, chciałbym powiedzieć, co ciekawego jeszcze w tym tygodniu się odbyło i rozliczyć z zaległości.

W tym tygodniu uczestniczyłem w spotkaniu z zewnętrznym, nowym, potencjalnym klientem. To spotkanie uświadomiło mi tak naprawdę, czego szukają klienci w agencjach PR i jakie mają obawy. Jako obserwator, kompletnie nie włączony w interes, miałem okazję podpatrywać obie strony spotkania. To w sumie była forma negocjacji. Spotkanie po podpisaniu wstępnej umowy, ale klient nie był do końca przekonany. Na tym meetingu szefostwo miało za zadanie przekonać do siebie przedstawicieli i rozpocząć pracę. Udało się, ale nie było prosto, bo przedstawiciel delegacji był bardzo krytycznie nastawiony do działalności agencji PR w przeszłości. To spotkanie mi się bardzo przydało.
Ten tydzień przyniósł mi dodatkową porcję ciekawych informacji na temat metod pozyskiwania nowych klientów. Sprawa bardzo trudna, ale niezbędna w tym biznesie. Walka o publiczne zamówienia w zakresie turystyki. To bardzo duży sektor we Włoszech i FH chce tu być mocnym graczem. Cały czas jednak w tej branży trzeba szukać klientów. To do mnie niedawno dopiero dotarło. Cykl obsługi klienta trwa od miesiąca do powiedzmy roku. Sporadycznie agencje mają na stałę umowy z dużymi klientami, typu Intel już cztery lata w ramionach FH. New business zatem jest jednym z ważniejszych działań agencji, które serio myślą o rozwoju i budowaniu tożsamości. Parę dni dyskutowaliśmy nad tym jak się zabrać za zamówienia publiczne. Przemyślenia i pierwsze działania pojawią się jednak dopiero za parę miesięcy. „New Business Drives the Firm”, to jeden z elementów filozofii FH. Tak samo dopiero za parę miesięcy okaże się, czy nasza walka o klienta sportowego, o którym pisałem Nam się udała. Piszę Nam, bo moje działania były częścią tego przetargu. Z ciekawością usłyszę, co w tym temacie słychać. Za to wiem, ze mój artykuł, przygotowywany do prasy dla Intela, jest już po dwóch etapach zatwierdzania u klienta. Jak powiedziała mi szefowa, jest to raczej pewne, że będzie opublikowany we włoskiej prasie!!! To bardzo mnie cieszy. Namacalny dowód mojej działalności w agencji we Włoszech, byłoby największą dla mnie premią za te cztery tygodnie pobytu tu w FH. I na zakończenie kwestia wartości FH. Obiecałem kiedyś jeszcze raz poruszyć ten temat. „To make ouerselve as valuable to our clients as they are to us...” to motto filozofii działań FH. I powiem tylko jedno, to motto, widać w działańiach ludzi pracujących we Włoszech. Oni tę filozofię po prostu wdrażają.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze raz będę mógł pojawić się na łamach PRoto z równie ciekawymi relacjami.
Andrzej Miłkowski z Mediolandii

11.08.2005

LONDYN: Środa jedna z tych całkiem spokojnych
Autor: Beata Orpiszewska
Powoli zaczynam się przyzwyczajać do Londynu: już nie mylę ulic i wiem jak dotrzeć do kilku najbliższych od biura stacji metra.

Dziś cicho i spokojnie, żadnych znikających dokumentów czy szwankującego Internetu... Prasówka – tylko jeden artykuł i to na dodatek w tabloidzie. Nie wiem, na ile ważny dla naszego klienta - biorąc pod uwagę „lekki” charakter gazety, nie można jej zaliczyć do „opiniotwórczych”; biorąc pod uwagę nakład, nie można nie zauważać jej potencjalnej „siły rażenia”. Potem jeszcze tylko wizualne zestawienie „coverage’u” do prezentacji dla jednego z klientów (szumnie brzmi, a tak na prawdę to tak jak robienie wyklejanek z kolorowego papieru, tylko na komputerze), w sumie nieźle się bawiłam...
I do końca dnia już tylko baza danych...
 
Zaczynam docenieć angielskie zdystansowanie, bo zaczynam rozumieć z czego wynika. Mam wrażenie, że wiele z tych zachowań można wytłumaczyć tradycjami liberalizmu angielskiego społeczeństwa (choć może głupio wciskać filozofów w kontekst metra, płacht gazet i uciekających spojrzeń kasjerek w sklepie) i wynikającą z nich skłonność do poszanowania wolności i prywatności – zarówno własnej jak i wszystkich innych ludzi. Po nadekspresywnych Włochach, z którymi spędziłam ostatni rok, to duża odmiana. Z szacunku do innych paradoksalnie rodzi się nie obojetność, a uprzejmość, nawet w stosunku do nieznajomych (nie wiem, ilu londyńczyków pytałam o wskazanie mi drogi czy przystanku, czasem nie musiałam pytać: sami oferowali pomoc widząc mnie ze zdesperowanym wyrazem twarzy i mapą w ręku). Jednym słowem lubię ich.

10.08.2005

MONACHIUM: dzień trzeci
Autor: Karol Bandurski

Mija trzeci dzień.
Podoba mi się tu coraz bardziej. Miasto jest bardzo ładne, a centrum to jedna wielka starówka.
W agencji otrzymuję różne zadania biurowe (dirty work), a dużą ilość czasu spędzam nad uzupełnianiem ich wewnętrznej bazy danych dotyczącej dziennikarzy – press profiles (oczywiście wszystko jest poufne). Wieczorem mam przysłuchiwać się wywiadowi prowadzonemu przez dziennikarza z pracownikami agencji, a dotyczącego firmy Intel (będzie po angielsku).
Pozdro dla Wawy!
Karol

P.S. Wisła wczoraj nie próżnowała.
P.S.2 A wodę się tu pije z kranu.


10.08.2005

LONDYN: Wtorek jakoś taki zbyt słoneczny…
Autor: Beata Orpiszewska

Dziwne, przeszkadza mi slońce, tak się przyzwyczaiłam ,że go nie ma, że  kiedy jest to chcę, żeby zaszło... Gorąco od samego rana.
Upał zaczyna się już w metrze w godzinach szczytu przeradza się w szeleszczącą płachtami gazet saunę. Londyńskie metro, cechy charakterystyczne
po pierwsze gorąco,
po drugie gorąco,
po trzecie gorąco (mam wrażenie, że kiedy je konstruowali ktoś się w przeliczaniu projektów wentylacji rypną...a może wtedy ludzie mniej tlenu zużywali?),
po czwarte: wczyscy czytają (jeśli gazety londyńskie mają dobre notowania sprzedaży to właśnie dzięki podróżom metrem), czytają... a może raczej udają, że czytają odgradzając się papierem niczym murem obronnym (alternatywą jest pogrążenie się w muzyce lub śnie...)
po piąte: nikt nikomu nie patrzy w oczy (co wynika z czwartego),
po szóste: wszyscy się śpieszą,
po siódme: MIND THE GAP BETWEEN THE TRAIN AND THE STATION!

A tak naprawdę to miasto by nie funkcjonowało bez niego i nie ma nic wygodniejszego niż ten typ transportu!

 Dzień w pracy bez większych przygód, jeśli nie liczyć tego, że przez moje przekonanie o nieużyteczności ikonek z komunikatami Windowsa, źle zachowałam informacje w komputerze i baza danych z wczoraj zniknęła by już się nie pojawić... 2 godziny spędzam na odzyskiwaniu informacji... Lekcja numer (???): czytać komunikaty, bo jednak może ten, kto stworzył program nie był kretynem.

 Potem to już zupełnie spokojnie...


10.08.2005

MONACHIUM: post nr 1
Autor: Karol Bandurski
„Hir aj em“. Podróż lekko męcząca, ale dałem rade:) Miasto ogromne, ale już wiem jak dojechać do biura i z powrotem. W agencji jest bardzo przyjemnie. Firma mieści się w samym centrum miasta.

Specjalizacja - IT, 16 klientów, Intel największym, 3 zespoły. Ciekawa branża. Dotychczas traktowałem prasę IT jako źródło informacji, nie myślałem o niej pod kątem PR-owym. Dużym mankamentem działania tutaj jest dla mnie brak jakiejkolwiek wiedzy na temat tego rynku. Nie znam prasy, nie znam dostępnych nośników reklamowych (a jest tu dużo nie spotykanych u nas), itd. Ale jakoś to ogarnę:) W tej chwili nie wiem jeszcze, co będę robił, okaże się w najbliższym czasie. Pracuję od 9 do 18 z godzinna przerwa na lunch.
I to by było na tyle.
Karol

P.S. Tęcza wygląda tu tak samo. A klawiatury zupełnie inaczej.
P.S.2. A Donaldowi idzie coraz lepiej.

09.08.2005

Trzeci wyjazd - praktyki w Monachium
Autor: Blog
8 sierpnia praktyki ropoczął Karol Bandurski. Jest stażystą w monachijskim biurze Fleishman-Hillard, gdzie jako specjalizację wybrał branżę IT.

Karol Bandurski studiował socjologię w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej w Warszawie, ukończył specjalizację marketing społeczny i komunikacja społeczna. Przez ostatnie 2 lata nauki realizował indywidualny tok studiów w tym zakresie. Interesuje się literaturą, szczególnie twórczością Ericha Marii Remarque’a.

„Z informacją o „PRaktykuj za granicą” zetknąłem się dzięki ulotce konkursowej rozdawanej na mojej uczelni. Przygotowanie projektu i prezentacji na konkurs wymagało ode mnie dużo zaangażowania i wielu przygotowań, ale jestem bardzo zadowolony z efektów mojej pracy i przebiegu konkursu” – podsumowuje Karol Bandurski.

09.08.2005

LONDYN: Poniedziałek, który zawsze przychodzi zbyt wcześnie...
Autor: Beata Orpiszewska
Godzina 8.45
Świeci słońce i jest ciepło!!! Prawie jak nie tutaj. Powoli wszyscy przychodzą do biura, jeszcze z nostalgicznym wspomnieniem weekendu. Zadanie numer jeden - obowiązkowa kawa. Przez pierwsze dwie godziny jest w miarę cicho i spokojnie. Robię porządek w prasie z zeszłego tygodnia. Potem prasówka – w jednej z gazet ukazuje się duży artykuł, kontrowersyjny czyli interesujący. Okolo 10.30 codzienny raport przygotowywany przez Ryan’a jest już gotowy do wysłania. Zabieram się za przygotowywanie monitoringu dla potencjalnego klienta, baza danych i tabelki.

Godzina 11.00
Ok. Tabelki skończone, teraz faza numer dwa: statystyki, powinno mi to zabrać parę godzin. Wydaje się, że już wszyscy na dobre się obudzili: klawiatury stukają szybciej, dzwoni więcej telefonów. Rayan prosi mnie o namierzenie kontaktów do jednej z gazet, która przygotowuje duży raport istotny dla naszego klienta. Statystyki muszą poczekać… Trzecia kawa… Wyszukiwanie informacji, kiedy strona internetowa ma tempo żólwia z Galapagos, nie jest łatwą sprawą… Po 20 minutach nerwowego bębnienia o biurko: zrobione, udało mi się znaleźć to, czego szukałam. Całe szczęście, że istnieje Internet (nawet nieco żółwiowaty)!!! Nie mogę sobie wyobrazić jak wyglądało wyszukiwanie informacji, kiedy nie bylo elektronicznych baz danych.. W glowie od razu pojawia mi się kafkowska wizja długich korytarzy wypełnionych stosami papieru. Brrrrr!

Godzina 11.15 – 11.45
Cotygodniowe zebranie, zdanie relacji z ostatniego tygodnia, ustalenie zadań do wykonania, jak zwykle wszystko krótko, konkretnie i treściwie, czyli tak jak trzeba. Tym razem dostaje mi się lista kontaktów i zabranie informacji dotyczących inwestycji. Kończę statystyki. Po lunchu zabieram się za nowe zadanie. Lunch na Covent Market. Tym razem wystepują alternatywni artyści cyrkowi, którzy żonglując bynajmniej nie próbują zaprzeczać prawom grawitacji. Spora widownia, o mocno eklektycznym charakterze: turyści + pracownicy biur + emeryci. Nadal świeci słońce, aż nie chce mi się wierzyć, że dziś jeszcze nie padalo.

Po południu
Nadal robię bazę danych z kontaktami… cóż zajęcie mało kreatywne (przede wszystkim szukanie w centralnej bazie danych) ale nieodzowne. Nie sztuka mieć dobry projekt kampanii – trzeba go jeszcze odpowiednio rozpowszechnić.

Godzina 16.37
Za godzinę kończy się praca. Może nie dla wszystkich, dla niektórych skończy się za 2-3 godziny. Czasem trzeba coś pilnie skończyć...

Plany na wieczór - Soho
Zdecydowanie moje ulubione miejsce. Odkrywam księgarnie z dobrymi książkami w świetnych cenach. Zdecydowanie coś zakupię – będzie jak znalazł na moje codzienne wyprawy metrem...

08.08.2005

LONDYN: Carpe Diem w wykonaniu 7 milionów londyńczyków i turystów...
Autor: Beata Orpiszewska
Sobotę i niedzielę spędzam na “oswajaniu” miasta… 48 godzin wolności jak zwykle kończy sie zbyt szybko… Refleksja: Londyn od poniedziałku do piątku wieczorem (godzina 18.00) nie jest tym samym miastem co Londyn od piątku wieczora do niedzieli (godzina mniej więcej 20 ta)...

07.08.2005

LONDYN: Piątek w kolorze blue
Autor: Beata Orpiszewska
„Dżinsowy piątek”: całe biuro w dżinsach i t-shirtach, przygotowujące się na weekend. Czuć już nieco odprężoną atmosferę. Jakoś się swobodniej robi, wszystko bardziej na luzie, wiecej śmiechu i głośniejsze rozmowy. Ryan czyta mój projekt, wprowadzamy razem poprawki, około 12. wydrukowany dokument ląduje szczęśliwie na biurku szefa. Czekanie na ocenę... Wszystko dobrze: jest zadowolony z rezultatu! W ramach nagrody wybieram się wieczorem do jednego z pubów (angielskie piwo i roast beef nie są przereklamowane!). Cóż, nie samą pracą człowiek…

05.08.2005

LONDYN: Czwartek, czyli bliżej niż dalej...
Autor: Beata Orpiszewska
Cały dzień zajmuje mi przygotowanie raportu. Musi być gotowy na jutro na 11. rano, a jeszcze trzeba będzie go sprawdzić. Trochę się denerwuję, w sumie pisanie o ekonomii po angielsku nie jest najłatwiejszą rzeczą pod slońcem… Kończę dzień z prawie gotowym projektem, wystarczy „tylko” wprowadzić poprawki i można będzie oddać szefowi.

04.08.2005

MEDIOLAN: nowy tydzień
Autor: Andrzej Miłkowski
Witam. Wakacje w Mediolanie w pełni. To się w głowie nie mieści, ale miasto po prostu się zamknęło. Umilkły telefony, mail zaczął smętnie majaczyć. Codzienny przegląd prasy przestał przychodzić, bo zewętrzna firma robiąca monitoring też jest na wakacjach! Klienci nie dzwonią, poza sporadycznymi przypadkami. Dla mnie to było nie do zrozumienia, ale sam się przekonałem na własnej skórze, że to prawda. Poniedziałek i wtorek spędziłem na czytaniu artykułów i obserwacji bardzo prężnych, mimo wakacji, działań w projekcie egipskim. Egipski projekt, o którym już wspominałem, trwa we wszystkich zaangażowanych biurach Fleishmana. To ciekawa obserwacja dla mnie - poznać techniki współpracy globalnej. I tu pierwsze spostrzeżenie: stara strategia „Think Global, Act Local” pokazuje jak ważne jest dostosowywanie warunków projektu do lokalnych możliwości i uwarunkowań danego kraju. Wspomniany okres urlopowy, oznacza w praktyce, że projekt we Włoszech musi być prowadzony zupełnie odmiennie niż w innych krajach Europy czy Stanów Zjednoczonych Ameryki. Prozaiczne zlecenie wydrukowania ulotek jest tu wręcz niemożliwe, ponieważ drukarnie kolorowych akcydensów też są zamknięte, a drukarnie pism nie przyjmują tak małych zleceń. Nad tym spędzili trochę czasu i ludzie we Włoszech i koordynatorzy z Londynu. Oczywiście projekt nie stanął, ale zmieniono część założeń czasowych i przeniesiono niektóre zadania tymczasowo do innych krajów. Globalna sieć daje dużo więcej możliwości, to cenna wartość dodana, zwłaszcza w walce z czasem. Jeszcze jedna uwaga dotycząca zarządzania kryzysowego we Włoszech - jak się zorientowałem, większość firm zarządzanie kryzysowe prowadzi na własną rękę. Taki jest trend. Działania PR w zakresie corporate & finance bardziej dotyczą regularnych tematów jak np. ogłoszenie sprawozdań kwartalych i rocznych, itp. Dla agencji to wygodne.
Pozdrawiam z majaczącego miasta. Na szczęście pogoda zelżała i czuję sie pod tym względem jak w Polsce.

04.08.2005

LONDYN: Półmetkowa mglista środa
Autor: Beata Orpiszewska
Rano jak zwykle prasówka, trochę ciekawych tematów. Potem przygotowywanie materiałów na stronę internetową. Dostaję też mój pierwszy własny projekt. Póki co nie mam zielonego pojęcia o co chodzi, ale mam nadzieję, że jakoś się szybko zorientuję. Po dwóch godzinach… mam już wszystkie materiały, jest ich niestety cała masa, a ja mam z tego „wyciągnąć” 6-7 stron najważniejszych danych. Czytam, wycinam, wklejam i staram się nie zgubić w tym wszystkim... Pomaga mi mój kolega, pokazując jak zorganizować materiał tak, żeby miał ręce i nogi. Kończę pracę, mieląc jeszcze projekt w głowie. Wieczorem cała firma idzie do pubu, na imprezę pożegnalną jednej z pracownic. Oczywiście i ja się wybieram. Dziwnie widzieć tych wszystkich ludzi bez krawatów i marynarek, zrelaksowanych, z piwem w ręce… Jest sympatycznie. Kończy się jednak dość wcześnie, jutro o 9. trzeba być w pracy...

03.08.2005

LONDYN: Zdefasonowany wtorek ze zbyt dużą ilością słońca
Autor: Beata Orpiszewska
Jak zwykle dzień zaczynam od prasówki, dziś nic ciekawego dla naszego klienta, jednakże w międzyczasie można zapoznać się z całkiem ciekawymi artykułami. Dzień poświęcam na dokończenie wczorajszego raportu i dostaję do zrobienia nowy – tym razem za ostatnie 6 miesięcy dla firmy z zupełnie innej dziedziny (mój zasób słownictwa z pewnością wzbogaci się o bardzo „użyteczne” w życiu codziennym specjalistyczne terminy). Przed południem odbywamy również spotkanie wspólnie z działem Customer, gdzie zostają omówione kluczowe zadania i plany na najbliższe 2 miesiące, związane z wprowadzaniem na rynek nowych produktów. Spotkanie krótkie i treściwe. Każdy wychodzi z jasną ideą tego, co ma do zrobienia. Już wiem, ze polubię brytyjski styl pracy. Lunch jak zwykle spędzam na Covent Market; w miejscu gdzie zmęczeni biurem pracownicy okolicznych firm zwykle jedzą obiad (choć może ciężko nazwać obiadem kanapki zjadane na ławkach i schodkach placu). Miłe miejsce – mozaika: pracownicy biur w garniturach, japońscy klasyczni turyści z najnowszymi typami kamer, aparatów i telefonów (posłusznie fotografujących WSZYSTKO!), uliczni artyści z wielu dziedziń (rekordy popularności biją nieruchome figury (coś w stylu naszej krakowskiej Białej Damy i Złotego Górnika z Nowego Światu) muzyka… prawdziwy melting pot. Po południu dostaję do wykonania ocenę skuteczności kampanii reklamowych. Zadanie dość łatwe, choć szczerze mówiąc robię coś takiego po raz pierwszy w życiu. Cała rzecz polega na obliczeniu na ile powierzchnia reklamowa przysparza korzyści z zakresu PR, w porównaniu do poniesionych, kosztów. Zapewniam, że liczby są całkiem imponujące… Po pracy przechadzam sie po Soho – trudno opisać czym jest to miejsce… w każdym razie warto je zobaczyć i pooddychać jego atmosferą (bez względu na specyfikę chińskiej kuchni, której opary snują się po całym obszarze dzielnicy…).

02.08.2005

LONDYN: Klasyczny deszczowy londyński poniedziałek
Autor: Beata Orpiszewska
O godzinie 9.30 docieram do biura Fleishman Hillard w Londynie. Samo centrum. Ładny budynek z czerwonej cegły z dużymi oknami, (akurat nad stacją metra sławnej Picadilly Line…). Przedstawiam się na recepcji gdzie od razu zostaje mi wręczony megnetyczny klucz do drzwi wejściowych (tak zwana „korporacyjna smycz” ;))). Poznaję moich współpracowników (Ryan’a i Liam’a), którzy zapoznają mnie z biurem, pracą i zadaniami do wykonania. Dostaję wygodny cichy kącik z komputerem.
Zaczynamy.
Na pierwszy ogień leci monitoring prasy dla jednego z klientów, którego rezultatem są dostarczane regularnie raporty na temat sektora. Monitoring w tym wypadku oznacza codzienną poranną prasówkę wszystkich brytyjskich dzienników. Nie ma to jak zacząć dzień od gazety i kawy ;). Jak na razie bardzo symapatycznie… Biuro jak przystało na międzynarodową firmę jest dobrze i funkcjonalnie urządzone. Organizacja na 5 z plusem, sprawna sieć komunikacji wewnętrznej, szybki Internet, dostęp do wszystkich możliwych baz danych i archiwów... Tylko jakoś tak dziwnie cicho, jeśli rozmowy to szeptem (plotkarski światek raczej jest tutaj na wymarciu). Cóż może to poniedziałek, a może brytyjski dystans, w każdym razie atmosfera sprzyja pracy i skupieniu...
Po prasówce czytam trochę dokumentów dotyczących rzeczy którymi zajmuje się dział Corporate. Szczegółnie interesujące wydaje mi się „zarządzanie kryzysami” (jakkolwiek by to paradoksalnie nie brzmiało). Po południu, to znaczy po lunchu, który jest około 13 -14tej (każdy z nas sam wybiera godzinę, o której wychodzi i wraca), dostaję do zrobienie miesięczny raport dotyczący obecności w mediach właśnie naszego klienta od prasówki. Zajmuje mi to całe popołudnie. Uczę się obsługiwac dwa nowe typy baz danych – pełen profesjonalizm narzędzi znacznie ułatwia pracę… Pierwszy dzień można uznać za udany (nie licząc popełnionej przeze mnie gafy, a mianowicie zrobienia moim kolegom herbaty Earl Grey z mlekiem... jak mnie uprzejmie poinformowali, niestety post factum..., z mlekiem pije się English Breakfast Tea, a przenigdy Earl Grey). Spotkania różnych kultur często przynoszą nieoczekiwane efekty, ale z pewnością są kształcące. Wracam do domu z mocnym postanowiem pracy nad moim angielskim. Brytyjski akcent polega na połykaniu wyrazów i wypowiadaniu ich z predkością wystrzałów karabinu maszynowego. W ramach treningu polecam brytyjskie kabarety.

01.08.2005

Druga praktykantka - LONDYN
Autor: Blog
Od 1 sierpnia w londyńskim biurze Fleishman-Hillard praktykuje Beata Orpiszewska, zwyciężczyni konkursu „PRaktykuj za granicą”. Jako specjalizację swojego stażu wybrała działania związane z działem FH - Corporate.

I jeszcze kilka słów o Beacie - jest studentką Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, wybrała specjalizacje z zakresu marketingu politycznego i administracji publicznej. W letnim semestrze roku akademickiego 2004/2005 studiowała również na Wydziale Nauk Politycznych Università di Bologna we Włoszech ramach programu Socrates/Erasmus. Interesuje się kulturą i językiem Włoch, postmodernizmem i nowymi modelami konsumpcji, a także reklamą i jej semiotyką.

Jak powiedziała nam po zakończeniu „PRaktykuj za granicą”, o konkursie dowiedziała się z newslettera Fundacji Komunikacji Społecznej. „Decyzja o przystąpieniu do konkursu właściwie została przeze mnie podjęta w ciągu kilku sekund. Możliwość stworzenia czegoś pożytecznego, a równocześnie „z przytupem”, wydała mi się bardzo pociągająca” . „Praca nad projektem była dla mnie wspaniałym doświadczeniem, dzięki któremu mogłam się sprawdzić w całkiem nowej dziedzinie i zdobyć nowe umiejętności, nie mówiąc o tym, że była świetną zabawą” - mówiła Beata Orpiszewska. „Fakt, iż jury doceniło mój projekt jest dla mnie wielką radością”.

01.08.2005

MEDIOLAN: ostatnia relacja w tym tygodniu
Autor: Andrzej Miłkowski
Witam po krótkiej przerwie.
Ostatnie parę dni miesiąca to, tak jak w większości firm, zamykanie statystyk, rozliczanie godzin pracy, kontrola budżetu itd. Tak też i w FH się działo. Dlatego nie zanudzałem nikogo tymi operacyjnymi zadaniami. Poza tym, jak już wspomniałem, spraw bieżących od klientów jest coraz mniej, bo nadchodzi prawdziwy okres przestoju Włoch, czyli Sierpień. Słyszałem, że Beata zaczyna praktykę w Londynie w przyszłym tygodniu. Bardzo sie cieszę. Biuro Londyńskie, to centrala na Europę. Beata będzie miała dodatkowo możliwość poznania metod koordynacji projektów globalnych w FH. Tego jej bardzo zazdroszczę, ale i tak nie „oddałbym” swojego czasu w Mediolandii za Londyn:) Może w takim razie napiszę parę słów na temat tej globalnej sieci FH, w ramach etyki, oczywiście, nie zdradzę tajemnic. FH ma w sumie około 80 biur w 53 krajach! W wielu rankingach, FH to numer jeden lub uczestnik ścisłej czołówki. Powiem szczerze, że się nie dziwię. Jedną z najmocniejszych stron FH na świecie jest oczywiście jej globalna obecność. To ma ogromne znaczenie przy prowadzeniu projektów dla klientów, którzy potrzebują wsparcia PR na skalę miedzynarodową. Przykładowo, niedawno FH wygrał duży kontrakt na współpracę z rządową organizacją, reprezentujacą rząd Egiptu, na promocję tego kraju wśród inwestorów na kilku kontynentach. Takiego tematu nie mogłoby wziąć na barki większość firm PR obecnie działających tylko na rynkach lokalnych. Swoją drogą, po ostatnich zamachach w Egipcie mają utrudnione zadanie... Warto chyba też wspomnieć, że globalne podejście nie kończy się na tworzeniu wspólnych projektów. Drugą potężną wartością dodaną wynikajacą z globalnej obecności i podtrzymywania relacji typu „team work” jest współpraca miedzy biurami. Codziennie jestem świadkiem wymiany doświadczeń i wiedzy na temat nowych projektów, dla których lokalne agencje mogą nie mieć obecnie wystarczających referencji i doświadczenia. W efekcie nad każdym projektem może pracować grupa setek osób z całego świata, wspierając się wzajemnie swoim doświadczeniem i wiedzą. To bardzo silna strona i tego z pewnością jednostkowe agencje PR mogą się obawiać...
Pozdrawiam
AndrzejM z Mediolandii
P.S. Ten weekend spędzę w bardzo atrakcyjnych miejscach, dlatego zapraszam do relacji w poniedziałek z moich wojaży na Onecie :)

29.07.2005

MEDIOLAN: wtorek
Autor: Andrzej Miłkowski
Wtorek upłynął mi przy bardzo żmudnym, ale ciekawym zajęciu - tworzeniu listy kontaktów do dziennikarzy „mailing list”. Koleżanka pokazała mi jak tu, w FH tworzy się taką listę oraz jakich narzędzi i wiedzy do tego potrzeba. Większość agencji we Włoszech używa płatnej, centralnej bazy danych kontaktów do dziennikarzy i ich redakcji. Mając takie internetowe narzędzie, można w relatywnie prosty sposób zbudować szkielet kontaktów. Zanim jednak stworzy się listę, należy przygotować zakres grup tematycznych, czyli dobrać grupę docelową czytelników do charakteru artykułu, jaki chce się promować. Ja naliczyłem aż sześć poziomów, na których można budować charakterystykę grupy docelowej. W praktyce, jak się dowiedziałem, to centralne narzędzie nie jest w stu procentach dokładne i wiele kontaktów się nie sprawdza. Dlatego na to nakładane są jeszcze dwie warstwy: kontakty z własnej bazy oraz kontakty do „sprawdzonej” grupy dziennikarzy. Te dwie ostatnie stanowią bardzo ważny element strategii i gwarancji sukcesu. Po zrobieniu listy, co nam zajęło cały dzień, ponieważ artykuł ma być początkiem kampanii informacyjnej, analizuje się ją jeszcze raz w ścisłym gronie, sprawdzając trafność pierwszego wyboru pism i dziennikarzy. Słowem: sito. To bardzo żmudna robota, ale w paru punktach niezmiernie istotna. Wybór grupy, odpowiednia definicja w odniesieniu do bazy danych i selektywne wybieranie pism to klucz trafnej kampanii. Centralna baza to kilka tysięcy nazwisk. Ciekawe, że we Włoszech redakcje pism/czasopism rozmieszczone są głównie w Mediolanie i w Rzymie. Artykuły napisałem i przesłałem. Jednak dopiero w środę będzie o nich rozmowa.
Andrzej M. z Mediolandii

27.07.2005

MEDIOLAN: poniedziałek
Autor: Andrzej Miłkowski
Dzień zaczął się od sporego zamieszania. Na dźwig po rusztowaniach budynku wdrapał się jeden z afrykańskich robotników i groził, że się zabije, skacząc na ziemię oczywiście. Cała okolica zamieniła się w widownię, a praca w biurach, także i w FH lekko zwolniła. Około dziesiątej z minutami było już po wszystkim. Do nieszczęśnika przyjechał najsłynniejszy dziennikarz gazety Corriere della Sera na wywiad. Jak się później dowiedzieliśmy, jak tylko robotnik znalazł się na ziemi, dziennikarz sobie pojechał, bez wywiadu. Nie wiem jak to ocenić, czy jako niesmaczny żart dziennikarski, czy może przemyślana taktyka nie ulegania szantażom przez drugą najbardziej poczytną gazetę w kraju. Może się dziś dowiem z prasy czegoś więcej, to dodam jutro komentarz.
Ja cały dzień, poza momentami „incydentalnymi”, siedziałem i pociłem się nad artykułami do prasy technicznej - wspominałem o tym w piątek. Na razie jestem z tym tematem sam. Po skończeniu siadam z szefową, a ona mi zrobi wykład z pisania artykułów do prasy technicznej. Moim zdaniem wyszło mi to nieźle. Dzisiejsza rozmowa pokaże, na ile jestem w stanie sam się ocenić. Chyba przyszła też już pora na podsumowanie pierwszego tygodnia. Poznałem już mechanizmy pracy biura. Zaznajomiłem się z podstawowymi, dziennymi zadaniami. Wiem też, że jest sporo zadań, które nie są wykonywane codziennie lub też w ogóle w okresie wakacji. Najbardziej przypadła mi do gustu atmosfera pracy w biurze. Wszyscy podchodzą do zadań na luzie, ale obowiązkowo. Nikt nie patrzy sobie wzajemnie na ręce, nie pogania, nie pokrzykuje, nie daje do zrozumienia, że coś jest nie na czas. Każdy pracuje tu swoim rytmem i ku mojemu zaskoczeniu, tematy zamyka się na czas. Zastanawiałem się trochę nad tym i doszedłem do wniosku, że mimo szeroko propagowanej famy o luźnym stylu bycia Włochów, mają oni w sobie bardzo dużo samodyscypliny. Do tego należy dodać serdeczność i zżycie zespołu. Codziennie na obiad wychodzimy w grupach i spędzamy ze sobą godzinę czasu rozmawiając o sprawach prywatnych. Tam tematy zawodowe zamierają. To naprawdę warto podkreślić. Wspomniane przeze mnie poranne wspólne czytanie, obiady i czasami wspólne wieczorne wyjścia z osobami z biura tworzą atmosferę silnego, wspierającego się biura. A ,co moim zdaniem najistotniejsze, przekłada się to na pracę. Wiele razy widziałem, jak szefowa działu, lub inny pracownik idzie ze swoimi wynikami do kogoś po poradę. Chcą po prostu usłyszeć jak inny ekspert oceni lub czy zmieni jego pracę. Szokujące. W moim świecie, polskim świecie, wygląda to o wiele smutniej.
Pozdrawiam, dam znać jak moje pierwsze wyniki.
Andrzej z Mediolandii

26.07.2005

Wszystkich pozycji:35 strona: 1/2 na stronie:
1  następna >>    koniec >>
Instytut Monitorowania Mediów Sp. z o.o., Al. Jerozolimskie 53, 00-697 Warszawa, tel (+48 22) 378 37 50, imm@imm.com.pl