Blog Agaty Porczyńskiej - finalistki VII edycji konkursu "PRaktykuj za granicą"

Relacja z pierwszego tygodnia stażu w agencji Fleishman-Hillard w Londynie

Od 2. sierpnia - mojego pierwszego dnia stażu w agencji Fleishman-Hillard w Londynie, public relations ma dla mnie zapach kawy z mlekiem (obowiązkowo do porannej prasówki!) i smak polskich krówek (mój prezent dla londyńskiej załogi, bezcenny!). Od tego dnia public relations to dla mnie również dotyk wymęczonych klawiszy (komputer najlepszym przyjacielem PR-owca!) i głos Naomi Campbell (jednym okiem śledziliśmy na biurowej plazmie historie krwawych diamentów). I wreszcie, od prawie tygodnia public relations to dla mnie wyjątkowy widok... widok szyldu ukrytej w czerwonej cegle, za stacją metra Covent Garden, agencji Fleishman-Hillard. Widok na przyszlość?

Trudno zachować powagę i idealnie wyprasowany kołnierzyk przemierzając poranną drogę w zatłoczonym metrze, mijając zaspany Leicester Square, wdychając marketingowo kuszące zapachy z Body Shop i podziwiając artystyczne wystawy najlepszych brytyjskich butików. Ale jeszcze trudniej jest powstrzymać ogromny uśmiech, jaki wywołuje w nowo przybyłym stażyście widok jego własnego biurka z nazwiskiem... Nawet, jeśli zamiast Porczynska, nazywa się Porczyriska…

Pierwszy dzień pracy w agencji Fleishman-Hillard to przede wszystkim oczy szeroko otwarte: na ludzi, prace i jej organizacje. Getting connected, office essentials, client matters... Przez najbliższe cztery tygodnie jedno z czterech pięter agencji w szczególności - oddział public affairs & corporate communications - będzie dla mnie źródłem zdobywania wiedzy, nabierania praktyki i wyciągania wniosków z różniących się tradycją i kulturą polskiego i brytyjskiego public relations. Ale, jak to w „pijarze" bywa - również miejscem łączenia wysokiej kultury z niska, czyli picia białego wina do lunchu przy gorącej dyskusji na temat gender PR...


Skoro o gender mowa - oddział Fleishman-Hillard w Londynie parytetami stoi! Zarówno dział Healthcare, Technology, jak i Digital ma w swoich szeregach niemal tyle samo kobiet, ilu mężczyzn. Ze względu na niemal stuletnią historię PR-u w Wielkiej Brytanii - najwyższe stanowiska zajmują osoby z przynajmniej dwudziestoletnim doświadczeniem. Z drugiej strony - agencja chętnie otwiera swoje drzwi dla bardzo młodych, bardzo zdolnych. Rebecca, Senior Account Executive, która z zapartym tchem odpowiada na wszystkie moje pytania o tajniki brytyjskiego PR-u, ma jedynie 22 lata. Nie ma co ukrywać - w polskiej agencji tak młoda osoba mogłaby najwyżej nosić segregatory.


Geert Hofstede nie mógł się mylić - kultura brytyjska jest kulturą niskiego kontekstu. Pracownicy są nastawieni przede wszystkim na realizację zadań i bezpośrednią komunikację. Indywidualizm, konfrontacja idei, celebrowanie wspólnych sukcesów - wszystko okraszone uniwersalnymi epitetami: „brilliant", „lovely", „cool". A jeśli nie ma czego celebrować? Wtedy pozostaje przymiotnik „interesting" i pewność, że i tak jesteśmy najlepszą drużyną na świecie. Pozazdrościć!

Staff handbook to zbiór agencyjnych dyrektyw i etykiet podrzucany na biurko przez dziewczęta z Human Resources. Oficjalny dress code obowiązujący w agencji Fleishman-Hillard (oczywiście, z wyłączeniem wyczekiwanych casual fridays!) to business casual. Oficjalny, bo nieoficjalnie jest to połączenie faktycznego business casual (90% panów), luźnego smart casual (90% pań) i... po prostu casual (wyjątkowe jednostki).

Scott, mój agencyjny mentor, od pierwszego dnia dba o to, aby każdy dzień był dla mnie wyzwaniem. Wszystkimi zaplanowanymi zadaniami chce mnie przygotować na obiecane spotkanie z członkami brytyjskiego parlamentu, które dla pracowników public affairs są codziennością. I chapeaux bas, a raczej hats off, za to, że mnie w owych przygotowaniach nie oszczędza. Już pierwszego dnia poprosił mnie o szczegółowy raport na temat świeżo wprowadzonego Strategic Defence Review - programu rewizyjnego brytyjskiej obrony narodowej...

Press clipping to poranna codzienność każdego stażysty agencji Fleishman-Hillard - segregacja informacji z pięciu najbardziej opiniotwórczych dzienników pod katem public relations i społecznej odpowiedzialności biznesu. Sophie, Senior Account Manager, która czuwa nad tą częścią mojej pracy, była niezwykle zaskoczona nie tylko faktem, że świetnie (teoretycznie, ale!) orientuję się w brytyjskich mediach, ale również kojarzę jej nazwisko z nazwiskiem męża Sylvii Plath... Ja z kolei byłam niezwykle zaskoczona faktem, że moi agencyjni koledzy i koleżanki wiedzą, gdzie leży Polska i...często niewiele więcej.

Liam, Account Director z działu Consumer, już trzeciego dnia zlecił mi pomoc w zredagowaniu branżowej gazetki dla klientów obejmującej najciekawsze case study, hot stories i media news minionego tygodnia. W kwestii pierwszej - w Londynie powstał bank skierowany wprost do psów i ich właścicieli (w tej kolejności ;-), w kwestii drugiej - IBM przygotowuje rewolucje w advertisingu: spersonalizowane reklamy, a w kwestii trzeciej – „Nothing sucks like an Electrolux", czyli branżowe wpadki lingwistyczne...


Oprócz pozostałych codzienności interna, czyli researchu organizacji ekologicznych w Abu Dhabi (na google świat się nie kończy!?) czy raportu na temat społecznej odpowiedzialności biznesu w kwestii wykorzystywania energii odnawialnej przez największe brytyjskie browary, można znaleźć prawdziwą perełkę. Dział public affairs jest na etapie lobbowania w nowo zorganizowanym parlamencie ustawy dotyczącej fundowania osobom głuchoniemym innowacyjnego systemu telekomunikacji. Trzymając lewego kciuka za powodzenie projektu, prawą dłonią sama się do niego przykładam! A skoro o lobbingu mowa, czarny PR, o który odważyłam się zapytać, po raz pierwszy postawił przede mną barierę - i to nie tylko językową! Odpowiedzią zespołu na termin „black/ magic PR" był wiszący w kuchni, dobrowolnie podpisywany przez każdego pracownika Code of Conduct...


Wśród dźwięków klawiatury i nieśmiertelnych telefonów do dziennikarzy („I've just read your article"...) nadszedł piątek, czyli zimne piwo i gorące czekoladowe ciasto. Zgodnie z dziennikarskim sloganem: “When a dog bites a man, that's not news, when a man bites a dog, that's news!" obiecuję za tydzień kilka branżowych breaking info. A sam Londyn? Londyn to Londyn...

 

 

Tydzień drugi...

Piątkowy żart z drugiego piętra Fleishman-Hillard w Londynie: “What does the wife of a PR expert do when she has insomnia? She rolls over and says: “Tell me again, darling, just what is that you do for a living?”. Czyli, wbrew powszechnej opinii, PR - owcy umieją śmiać się z siebie. Kolejny tydzień na Covent Garden upłynął pod znakiem deszczu, premiera Davida Camerona i herbaty z mlekiem. Po krótkim kursie parzenia angielskiej bawarki pod okiem Louise, oficjalnie porzuciłam religię kofeiny I przeszłam na drugą stronę mocy - teinę.

Od początku tygodnia pracuję przede wszystkim nad raportem dotyczącym różnic między polskimi a brytyjskimi mediami, który oficjalnie zaprezentuję w ostatnim tygodniu stażu. W międzyczasie kontynuujemy projekt dla społeczności niesłyszących, organizujemy konferencję na temat własności intelektualnej i gremialnie wyczekujemy piątku… A indywidualnie? Poznaję agencyjną bibliotekę public relations na czwartym piętrze, pochłaniam dziesiątki case studies z Hong Kongu, Saint Louis, Brukseli I zadaje tysiące pytań na temat brytyjskiego mariażu PR - u z mediami… Po krótkim stażu w jednej z polskich agencji, w której przede wszystkim wiązałam kokardki na „prezentach” dla dziennikarzy, cóż za miła odmiana usłyszeć, że „nie biorą” (i „nie dają”)…

Scott poprosił mnie o napisanie kilku zdań do następnego wydania korporacyjnej broszury „Impact Europe” podsumowującej zmiany w agencjach Fleishman-Hillard na całym świecie. Mam nie tylko przybliżyć czytelnikom swój londyński staż, ale opisać rozwój public relations w Polsce. W sierpniowym numerze Guenter Verheugen (zasilił grono FH!), we wrześniowym ja… Chciałoby się krzyknąć: lovely!, ale… jak w 150 słowach zmieścić 50 lat komunizmu, propagandy i cenzury, i 20 lat media relations, publicity i lobbingu?

Wtorkowe popołudnie spędziłam na kawie z Davidem Cameronem… Co prawda, kawę piłam tylko ja, a sam premier spoglądał na mnie z ekranu telewizora, ale wrażenie pozostało! Brytyjski prezes rady ministrów odbywa cykl spotkań z mieszkańcami Zjednoczonego Królestwa, podczas których obywatele zadają mu pytania dotyczące kierunków jego polityki - od zmian w stomatologii po wstąpienie Turcji do Unii Europejskiej. Ian poprosił mnie o raport z tego spotkania ze względu na poruszane kwestie, które są niezwykle istotne dla jednego z klientów. Nie omieszkałam zaznaczyć, że wiele kobiet oprócz pytań o nowy system edukacji, wyznawało premierowi płomienną miłość… Who needs speech when you’ve got drama? Czy to inna kultura, czy lepiej skrojony garnitur Camerona sprawiają, że o podobnych incydentach względem premiera Tuska nigdy nie słyszałam?

W środę niespodziewanie pojawił się w agencji sam Dave Senay, president i CEO Fleishman-Hillard. Jako, że Senay na co dzień rezyduje w Stanach Zjednoczonych, jego obecność wzbudziła powszechną ekscytację, zwiększyła prędkość naciskania klawiszy i zmniejszyła ilość papierosów wypalanych na tarasie. Senay, jak przystało na Amerykanina, przywitał się z każdym pracownikiem z imienia i nazwiska (w Londynie jest nas łącznie 120 osób, na świecie 2800) i zaznaczył, jak wspaniałą pracę owa osoba wykonuje. Oczywiście, wcześniej zerkał na plakietki z nazwiskami przypięte do biurek… Some are born great, some achieve greatness, and some hire public relations officers.

Zapomniałabym! Obowiązkowym elementem na każdym biurku, oprócz komputera, telefonu, The Times i długopisów w trzech kolorach, jest zbiór zasad filozofii korporacyjnej Fleishman-Hillard z 1946 roku. Spoglądając w prawo samoistnie uczę się na pamięć: Respect for the individual, Teamwork is everything, Entrepreneurship is a way of life… Spoglądając w lewo za to sprowadza mnie na ziemię obrazek z biurka Simone’a: In dog’s years, you are dead.

Zamiast obiecanych w zeszłym tygodniu branżowych breaking info (sezon ogórkowy dosięgnął nawet public relations) niech kropkę nad i postawi kolejny piątkowy żart. Tym razem prosto z damskiej toalety: “I’m thinking of leaving my husband” complains the wife of a well - known PR expert - “All he ever does is stand at the end of our bed and tell me how good things are going to be…”.

 

Tydzień trzeci...

Trzy tygodnie to wystarczający czas, by wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy. Czy mam  poczucie humoru? Czy potrafię pracować pod presją? Czy jestem kreatywna? Zorganizowana? Pewna siebie? Ciekawa świata? Komunikatywna? Tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak. Brilliant! A jednak, ostatecznie, oblewam test na idealnego pracownika public relations. Zaważyły ostatnie trzy pytania. Czy wystarczająco się wysypiasz? Czy pijasz przynajmniej dwa litry wody dziennie? Czy zamiast windy używasz schodów? Nie, nie, nie. Psychotest znaleziony w bestsellerowej książce „PR dla żółtodziobów” był główną atrakcją piątkowego wieczoru na Long Acre. Na szesnaście osób biorących w nim udział, prawo wykonywania zawodu od autorki, uzyskały dwie. Jeśli lifestyle wygrywa z personal qualities, to musi to być public relations.

A jeśli pracownik PR - u marzy o temacie zaburzeń erekcji? To znaczy, że jest z działu Healthcare, który specjalizuje się w działaniach social media (najbardziej opiniotwórcze ze wszystkich narzędzi Internetu!). Ze zbyt krótkiej środy spędzonej na trzecim piętrze Fleishman-Hillard dowiedziałam się, że najwięcej leków przeciwbólowych sprzedawanych jest w Niemczech, a najmniej we Włoszech (co podobno ma związek z katolickim „niesieniem swojego krzyża cierpienia„?!), rozgrzewająca mascia Vicks, zamiast masła, w Afryce smaruje się dzieciom kanapki, a Hiszpanie słynnym środkiem przeczyszczającym nacierają się pod pachami. To właśnie w dziale Healthcare, jak w żadnym innym, można zauważyć różnice kulturowe i behawioralne grup targetowych z perspektywy globalnej oraz to, jak ogromne mają one znaczenie w tworzeniu wizerunku firm farmaceutycznych. Również, na trzecim piętrze Fleishman-Hillard w Londynie, pracują osoby, które o public relations wiedzą tylko tyle, że nie jest nim rozdawanie ulotek pod stacją metra… I nie jest to Su Li - masażystka, która co dwa tygodnie przynosi ulgę mięśniom każdego seniora i juniora w agencji (tak, tak!). Są to osoby zajmujące się filarem Medical Education, których zadaniem jest ścisła merytoryczna współpraca z lekarzami na całym świecie. I które w tym, co robią są (zapewniam!) niezastąpione.

Joanne, która tylko na ten jeden dzień staje się moją agencyjną mentorką, zdradza mi w alkowie agencyjnego tarasu to, co zawsze chciałam usłyszeć: dziennikarze nas nienawidzą, ale wiedzą, że muszą z nami pracować. I z wzajemnością. Żadnego klepania po plecach, wycieczek do Egiptu i rozmów „off the record”. Można inaczej? Można. Kurtuazyjne maile, szczere komplementy, grzecznościowe życzenia świąteczne. Joanne, wraz z ostatnim łykiem herbaty dodaje: „Jeśli dzwonisz do dziennikarza i mówisz: Hi, it’s me, a on doskonale wie z kim rozmawia, osiągnąłeś swój cel”. Ponieważ dobrze wiem, że stany idealne w przyrodzie nie występują, traktuję tę radę jako PR - ową urban legend. Po kilku chwilach wracam do swojego komputera i słyszę rozmowę Allana z reporterem „The Guardian” - „Hi, it’s me”, „You are doing a great job” i… „I miss you”! To już nie jest off the record, to jest world record!

Mam wrażenie, że o brytyjskim public relations wiem już prawie wszystko. Z tym większą chęcią spędzam kolejną godzinę stażu na rozmowie z Amandą, która rok temu zamieniła nowojorski Central Park na londyński Covent Garden. Spodziewałam się, że w kolebce PR - u ludzie nie tylko odmieniają go przez wszystkie przypadki, ale traktują jak zawód pierwszego kontaktu. Jak bardzo się pomyliłam? Dla przeciętnego Amerykanina public relations nie ma twarzy Edwarda Bernaysa, ale biust Samanthy Jones. Skandale, kroniki towarzyskie, wysokie obcasy na czerwonym dywanie, a nawet zbyt dosłownie - stosunki publiczne. Czyli sex w wielkim mieście, public relations w małym formacie.

Trzeci tydzień w agencji Fleishman-Hillard dał mi jeszcze jedną cenną lekcję. Augmented reality, która była głównym tematem porannego seminarium na temat narzędzi social media w public relations, wydaje się być dzisiaj równie bliska fantastyki, jak brak frustracji przy współpracy z klientem podczas zarządzania kryzysem. Opieszałość, ignorancja, głupota? Dlaczego niektóre firmy w sytuacjach kryzysowych idą na dno, a inne wypływają na szerokie wody? Mają przecież taką samą amunicję - web 2.0., endorsement internetowy, a przede wszystkim - siłę swojej marki. Dean Russel, dyrektor działu Digital, przypomniał nam wtedy o jednej z największych reguł psychologii społecznej - regule autorytetu. Jeśli dla użytkowników swojej marki jesteś wynikiem poszukiwań googla- z pewnością nie rzucą ci koła ratunkowego. Ale jeśli nazywasz się Steve Jobs - wybaczą ci wszystko. Wear it, drink it, carry it. Be proud of PR.

Co rano, w okolicach Covent Garden, pojawia się kloszard, który z kilkugodzinnym uporem przemierza w kółko kilka metrów chodnika krzycząc jedno zdanie: “Jesus is a pop star!”. Nigdy więcej, nigdy mniej. Przez pierwszy tydzień zastanawiałam się czy na pewno mówi to, co wydaje mi się, że słyszę. W drugim tygodniu - dlaczego akurat epitet “pop”? Pod koniec trzeciego tygodnia wreszcie zrozumiałam. Reguła autorytetu - Jezus, Samantha Jones, Steve Jobs, amen. Nothing has changed, everything has changed. Both are true.

 

Czwarty tydzień na Covent Garden, czyli pokaż mi swój PR, a powiem Ci, kim jesteś

Oficjalnym ojcem przybranego dziecka marketingu, jak nazwał public relations Philip Kotler, jest Edward Bernays. Nieoficjalną matką natomiast, o której mówi się w branży niewiele, ewentualnie kurtuazyjnie pomija fakt jej istnienia w ogóle, jest Doris Fleischman, wieloletnia małżonka Bernays'a. O jej wpływie na rozwój public relations można dowiedzieć się więcej jedynie w kontekście propagandy i manipulacji tłumem przypisywanych pierwszym teoretyków dziedziny lub w kontekście bardziej medialnego męża. Cóż, jak w życiu - ojciec sukcesu, matka porażki... Podczas ostatniego tygodnia stażu w londyńskim oddziale, nomen omen, Fleishman-Hillard dowiedziałam się, że kobieca prekursorka nowożytnej komunikacji nie tylko namiętnie paliła papierosy, ale z każdym gorszącym konserwatystów nikotynowym dymkiem wypuszczała na ulice Nowego Jorku coraz silniejsze podmuchy feminizmu (pamiętajmy, że była to trzecia dekada dwudziestego wieku!). I otwierając kobietom drzwi do restauracji, kin i lokalów wyborczych, w których odważyły się kokieteryjnie poprosić o ogień, otworzyła im również drzwi do branży, w której dzisiaj są niezastąpione.

W przeciwieństwie do Doris Fleischman, która całe życie mogła jedynie marzyć o byciu twarzą reklamową swojej ukochanej marki papierosów Lucky Strike, współczesna działalność kobiet w public relations nie ogranicza się do bycia romantycznym epizodem w życiu bardziej znanego męża. Dzisiaj kobiety w public relations nie godzą się na role „PR chicks” czy jeszcze ładniej - „PR – ówek”, a ich obecność w Internecie nie sprowadza się do promowania depilatorów na forach internetowych, donosów na Pudelku czy krytykowaniu „wyzwolonej intelektualnie” gwiazdy pornograficznej Sashy Grey. Ostatnim seminarium, w którym wzięłam udział było poniedziałkowe spotkanie z najbardziej opiniotwórczą amerykańską mamą – blogerką Karen Tracy. Karen ma trzydzieści lat, trzyletniego syna, przynajmniej dziesięć kilogramów nadwagi i kiepskiego fryzjera. Teoretycznie – słabe zadatki na gwiazdę. Ale to właśnie do niej, a nie Marthy Stewart czy Angeliny Jolie, zwracają się najpoważniejsze firmy z branży dziecięcej w celu zaopiniowania nowych produktów. Podsyłają organiczne oliwki, zapraszają na wykłady o ekologicznych zabawkach i czujnie obserwują każdy nowy post pojawiający się na jej popularnym blogu. Firmy te doskonale wiedzą, jak ogromny wpływ na preferencje zakupowe konsumentów mają recenzje blogersów – rodziców. Nie anonimowych emo - nastolatków rozpływających się nad kolejnym weltschmerzem czy odwykiem Lindsay Lohan, ale przedstawicielek grupy babyboomer. Kobiet z krwi i kości, które są głosem (a raczej słowem pisanym) i portfelem setek tysięcy innych - esencją potrzeb konsumenckich wizytatorów placów zabaw, rezydentów przedszkoli i klientów Disneylandu. W ramach anegdoty z morałem – ilu przedstawicieli płci męskiej agencji Fleishman - Hillard wzięło udział w seminarium? Jeden – czuwający przy parapecie nad technicznym przebiegiem spotkania stażysta.

Edward Bernays wycofał się z zawodu po śmierci żony w 1980 roku. Do końca swojego życia nie pozwolił wyrzucić z szafy jej jesiennego płaszcza, a odwiedzając grób na Manhattanie przynosił, zamiast kwiatka i znicza, paczkę papierosów i pudełko zapałek. Pierwszy rozdział światowej historii public relations zakończył się wraz z odejściem szarej eminencji legendy Berneys'a, jaką była Doris Fleischman. Paradoksalnie, blisko trzydzieści lat później, na jednej z sesji Amerykańskiego Stowarzyszenia Public Relations, Harold Burson, Dan Edelman i Al Golin – pionierzy PR na świecie – wnieśli postulat powstrzymania zjawiska feminizacji zawodu, który „zdominowany przez kobiety obniża jego prestiż i status”. Jak pokazuje dalszy los wypadków - w tej kwestii to mężczyźni, po raz pierwszy, poczuli szklany sufit. Jakiejkolwiek płci nie nadać jednak tej dziedzinie, dzisiaj public relations to nie tylko dwa znaki, ale przede wszystkim "dwie magiczne literki, które zmieniły świat". I mimo, iż od ponad stu lat powstało już blisko dwa tysiące definicji public relations - publiczne relacje, kontakty z otoczeniem, tworzenie wizerunku, kształtowanie stosunków publicznych, zarządzanie relacjami - im dalej w las..., tym więcej drewna. Kiedy kilka lat temu, „Gazeta Wyborcza” zapytała swoich czytelników o polskie odpowiedniki tego międzynarodowego terminu padały propozycje: firmochwał, splendornik, koloryzator, relatywista, idealizator, lukiernik. W każdym razie – grubymi nićmi doszyta łatka.

Osobiście, nie wierzę nikomu, kto twierdzi, że wie, czym d o k ł a d n i e jest public relations. A jeszcze bardziej nie wierzę temu kto, wierzy, że public relations nie potrzebuje lub...nie „stosuje”! Nieważne, czy jest byłym premierem, tańczy z gwiazdami czy pisuje bloga na temat zagranicznego stażu. Zaczyna się zawsze niewinnie: wybór wysokości obcasów, koloru notebooka, operatora sieci komórkowej, smaku kawy zamawianej w zielonej sieciówce i opublikowanego zdjęcia na facebooku. Everything you do or say is public relations, czyli pokaż mi swój PR, a powiem ci, kim jesteś. Po miesięcznej przygodzie z agencją Fleishman – Hillard w Londynie pożegnałam Covent Garden nie tylko z zapisanym po brzegi bezcenną wiedzą notatnikiem, ale również z uroczą kartką – prezentem od załogi public affairs. Więcej - poczuciem dobrze spełnionego zawodowego marzenia i … obywatelskiego obowiązku. Nadzieją, że choć kilkunastu Brytyjczyków nie będzie onieśmielało Polaków pytaniami czy wiedzą, do czego służy iPhone i jak obsługuje się program pocztowy. Pewnością, że nigdzie na świecie nie przeszłabym tak świetnego przyspieszonego kursu dorastania w public relations. I najważniejsze – nowymi znajomymi w portalach społecznościowych. 70% of success in life is showing up, mawia Woody Allen. Nie wiem, czym jest pozostałe 30%, ale podejrzewam, że w dzisiejszych czasach...szybkie łącze.

 

 

 

Agata Porczyńska - absolwentka Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu, autorka pracy magisterskiej nt. charakterystki polskiego public relations na tle ogólnoświatowych tendencji. W 2008 roku wzięła  udział w konferencji "Współczesne teorie komunikacji" we Wrocławiu z referatem: "All is pretty - reklama jest bekartem sztuki zwanym kiczem".

Agata wygrała VII edycję konkursu "PRaktykuj za granicą" pracą pt."Otwórz oczy, otwórz serce - strategia komunikacji internetowej dla Fundacji Ewy Błaszczyk "Akogo?"" i tym samym zdobyła możliwość odbycia kilkutygodniowego stażu w prestiżowej londyńskiej agencji PR - Fleishman-Hillard.

Instytut Monitorowania Mediów Sp. z o.o., Al. Jerozolimskie 53, 00-697 Warszawa, tel (+48 22) 378 37 50, imm@imm.com.pl